SEA | Europejski gracz
1773
post-template-default,single,single-post,postid-1773,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,vertical_menu_enabled,side_area_uncovered_from_content,qode-theme-ver-9.2,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive,mob-menu-slideout-over
 

Europejski gracz

Europejski gracz


Komentarz Tadeusza Chabiery  „Europejski gracz”.

Stephen Flanagan w prestiżowym magazynie Foreign Policy (31.10.2012) przekonująco udowadnia, że prezydent Obama w czasie swojego urzędowania nie porzucił Polski. Pod koniec wnikliwej analizy naszych stosunków dodaje: „czego Polska oczekuje po  drugiej kadencji Obamy bądź prezydencji Romney’a, to regularnych konsultacji i uznania jako wartościowego, europejskiego gracza w transatlantyckich i globalnych sprawach”. W ostatnich czasach na brak konsultacji z Amerykanami: politycznych, gospodarczych, dotyczących bezpieczeństwa czy promocji demokratycznych wartości raczej nie możemy narzekać. Na ile jednak możemy być uznani za ważnego, europejskiego gracza w sprawach globalnych, pozostaje kwestią do rozważenia
Zanim Polska stała się pełnoprawnym członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej nasza polityka wobec Stanów Zjednoczonych prowadzona była z poczuciem niedowartościowania. Chcieliśmy rozwijać jak najlepsze relacje, angażowaliśmy się w rozmaite amerykańskie przedsięwzięcia i liczyliśmy na adekwatną wzajemność. Z czasem coraz bardziej popadaliśmy w rozczarowanie. Stany Zjednoczone były o wiele ważniejsze dla nas niż my dla nich. Chociaż ta dysproporcja była czymś naturalnym ze względu na różnice wielkości i potencjałów, to jednak z czasem budziła coraz więcej frustracji. Mieliśmy pretensje, że w stosunku do tego, co dajemy, nazbyt mało otrzymujemy w zamian. Wielokrotnie i uporczywie dopominaliśmy się o większe zainteresowanie. Jako państwo brzegowe w sojuszu obronnym i silnie zaangażowane w operacjach wojskowych NATO liczyliśmy na określone rekompensaty. Tymczasem nawet w ruchu wizowym nie było żadnych postępów. Na gruncie rozbudzonych oczekiwań narastały kolejne negatywne emocje. Nic dziwnego, że jak wykazują ostatnie badania „Transatlantic Trends” (2012), Ameryka cieszy się coraz mniejszą sympatią u Polaków, a zaufanie do NATO spadło u nas do najniższego poziomu pośród Europejczyków.
Ten stan rzeczy wymaga poważnej refleksji i zmiany. Prowadzenie polityki z pozycji urażonego „ego” nie może przynieść pożądanych efektów. Trzeba znaleźć i zagospodarować nowe możliwości, jakie daje nam uczestnictwo w Unii Europejskiej. Co prawda, Unia wygląda dzisiaj na mocno zajętą własnymi kłopotami z pokonaniem kryzysu w strefie euro i planami koniecznych i trudnych reform. Jednak rozwój stosunków Unii ze Stanami Zjednoczonymi nie tylko w niczym nie powinien przeszkadzać, a wydaje się, że mógłby w wielu sprawach istotnie pomóc. W jaki sposób Polska mogłaby się efektywnie zaangażować w dalszy rozwój transatlantyckiej solidarności? Czy potrafimy w aktualnej agendzie rozmów i negocjacji unijno-amerykańskich odnaleźć i realizować własne interesy? Czy nas na to stać? Czy dysponujemy odpowiednimi środkami i kadrami do realizacji tak ambitnych celów? Wydaje się, że poczyniliśmy już pewne postępy w tym kierunku. Mamy już na swoim koncie określone doświadczenia i sukcesy jako asertywny członek Unii Europejskiej i NATO. Teraz chodzi o to, aby ten kierunek polityki – skutecznej gry zespołowej – kontynuować i wzmacniać. Coraz lepiej radzimy sobie z grą w dwóch poważnych, liczących się na świecie drużynach: Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Sukcesy tych drużyn są naszymi sukcesami, a ich problemy i porażki rzutują także na naszą kondycję. Gra w zespole wymaga przyjęcia szerszej, globalnej perspektywy w ocenie różnych zjawisk. Przyjęcie takiej optyki pozwoli nam być bardziej interesującym, zrozumiałym i pożądanym partnerem i sojusznikiem. Bez odniesienia do problemów globalnych nie sposób dzisiaj dbać o własne interesy, również na poziomie regionalnym – w najbliższym sąsiedztwie – czy nawet na własnym podwórku. Początki takiego nowego podejścia można odnaleźć w „Priorytetach Polskiej Polityki Zagranicznej”, przyjętych przez Radę Ministrów w marcu 2012 r. Da się zauważyć pierwsze działania podjęte w kierunku lepszego wykorzystania naszego potencjału w Unii Europejskiej i NATO. Pozostaje pytanie, jak użyć tego potencjału dla rozwoju relacji transatlantyckich?
Polska polityka wobec Stanów Zjednoczonych mogłaby bardziej skoncentrować się na szansach, jakie daje przemyślana i aktywna gra w drużynie europejskiej. W naszych bilateralnych stosunkach więcej miejsca powinno zajmować planowanie i działanie na rzecz strategicznego partnerstwa między Unią Europejską, a Stanami Zjednoczonymi. Deklarację o potrzebie takiej polityki złożył prezydent Bronisław Komorowski pod koniec oficjalnej wizyty w Waszyngtonie w grudniu 2010 r., lecz ta zapowiedź przeszła zupełnie bez echa. Nikt specjalnie się nie zainteresował, nikt tego nie podjął. Być może przerasta to naszą wyobraźnię czy realne możliwości. Nie wierzymy we własne siły. Naszą pozycję w Unii Europejskiej wciąż oceniamy jako nazbyt słabą. A może sądzimy, że więcej da się zdziałać w pojedynkę i na stałe wywalczyć sobie uprzywilejowane relacje ze Stanami Zjednoczonymi?
Z pewnością warto jednak przeanalizować obecny stan stosunków pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi pod kątem polskich interesów. Mając na uwadze nasze priorytety zobaczymy, że nie wszystkie tematy transatlantyckiej agendy będą miały tę samą wartość. Tym bardziej wydaje się celowym wybranie i uporządkowanie tych zagadnień, które są dla nas najbardziej interesujące i rokują realne postępy.
Obecna sytuacja na świecie, w Ameryce i Europie wskazuje, że najbardziej istotne i pilne jest rozwiązanie problemów gospodarczych. Wyrastają potężni konkurenci, zwłaszcza w Azji. Stany Zjednoczone zmagają się z ogromnym długiem publicznym. Europa próbuje zaradzić kryzysowi w strefie euro. Trwają poszukiwania dalszych oszczędności i sposobów na podniesienie poziomu wzrostu ekonomicznego oraz zatrudnienia. Presja konkurencyjności stale narasta.  Dlatego warto zaangażować się w postęp całościowych negocjacji handlowych, których ostatecznym celem byłoby utworzenie pełnej strefy wolnego handlu między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Negocjacje powinny objąć wszelkie kwestie związane z dostępem do rynku, leżące w obustronnym interesie takie, jak: taryfy celne, usługi, inwestycje, działania pozataryfowe i wewnętrzne regulacje, prawa własności intelektualnej i zamówienia publiczne, a także handel i zrównoważony wzrost gospodarczy. Chodzi tu między innymi o przezwyciężenie skutków kryzysu w strefie euro, które – jak określił prezydent Obama – leży w obopólnym interesie ściśle powiązanych obszarów gospodarczych. Umowa o wolnym handlu pozwoli na zwiększenie wymiany handlowej i inwestycji, poprawę wzrostu gospodarczego, a przede wszystkim wzmocnienie konkurencyjności oraz tworzenie nowych miejsc pracy. To całościowe porozumienie, modernizujące zasady handlu i poszerzające zgodność systemów regulacyjnych, mogłoby pomóc w przyśpieszeniu negocjacji multilateralnych o liberalizacji handlu na forum Światowej Organizacji Handlu. Wdrożenie tej umowy mogłoby przyczynić się także do bardziej sprawnej i potrzebnej koordynacji polityki Zachodu wobec nowych mocarstw, zwłaszcza z rejonu Azji i Pacyfiku. Zapowiedziany amerykański „zwrot” (pivot) w tym kierunku geostrategicznym otrzymałby dodatkowe wsparcie ze strony Unii Europejskiej.
Powiązanie rozwoju gospodarczego z dziedziną bezpieczeństwa ciągle zyskuje na znaczeniu. Czasy niepewności i kryzysu gospodarczego to czasy oszczędzania. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Niemcy i inne kraje europejskie tną wydatki na cele obronne. Na tym tle Polska jest jednym z nielicznych wyjątków, gdzie nakłady na obronę wciąż rosną, dzięki wzrostowi gospodarczemu. Nie oznacza to jednak, że nie jesteśmy zainteresowani podniesieniem efektywności wydawania pieniędzy budżetowych. Tak na gruncie wewnętrznym, jak i na forum Unii Europejskiej czy NATO, opowiadamy się za unikaniem zbędnego powielania struktur czy rozmaitych działań, za eliminacją marnotrawstwa sił i środków. Stąd tak ważna jest dla nas bardziej owocna i komplementarna współpraca – na poziomie politycznym, operacyjnym oraz w zakresie budowy zdolności wojskowych – między Unią Europejską a Sojuszem Północnoatlantyckim, którego głównym udziałowcem pozostaną Stany Zjednoczone. Powinniśmy bardziej energicznie wspierać tworzenie wspólnych zdolności, umożliwiających szybką i skoordynowaną odpowiedź na pojawiające się sytuacje kryzysowe, wspólne planowanie operacji oraz dowództwa operacyjne. Dla poprawy relacji unijno-natowskich trzeba wykorzystać wszelkie inicjatywy i możliwości, w tym utworzenie stałego zespołu zadaniowego do spraw cywilnego zarządzania kryzysowego, czy ewentualnie wspólnego ośrodka planowania.
Inicjatywy „smart defence” w NATO czy „pooling and sharing” w Unii Europejskiej pojawiły się jako praktyczne odpowiedzi na ograniczenia budżetowe państw członkowskich w dobie kryzysu, lecz będą miały stale rosnące znaczenie na przyszłość, zwłaszcza w czasach poprawy koniunktury. Stawką w tej grze jest stworzenie nowej kultury współpracy międzynarodowej. Chodzi o wyraźne podniesienie efektywności ograniczonych środków przeznaczanych na bezpieczeństwo. Inicjatywy te dotyczą przede wszystkim tych zdolności wojskowych, które są najbardziej niezbędne dla sojuszników. Każde państwo członkowskie określa swoje priorytety w stosunku do tego, czego NATO czy Unia Europejska najbardziej potrzebują dla osiągnięcia celów przyjętych w strategiach bezpieczeństwa. Każdy wybiera określone, własne specjalizacje i poszukuje międzynarodowych kooperantów dla rozwiązania wspólnych problemów. NATO może występować w roli pośrednika, ułatwiając ustalenia, co i jak można wspólnie robić po mniejszych kosztach, bardziej efektywnie i przy mniejszym ryzyku. Polska powinna rozważyć możliwości jeszcze większego zaangażowania w tych perspektywicznych przedsięwzięciach, traktując je jako ważne inwestycje nie tylko w zdobywanie lub dostęp do najnowszych technologii i zdolności wojskowych, ale również jako wyzwanie dla naszego przemysłu obronnego, który bez szerokiego otwarcia na współpracę międzynarodową z upływem lat będzie coraz bardziej tracił na konkurencyjności. Zapowiedziany przez ministra obrony Tomasza Siemoniaka program modernizacji polskich sił zbrojnych na lata 2013-2022 (wielkości do 100 miliardów złotych) powinien być w dużej mierze wykorzystany na włączenie naszego przemysłu obronnego do inicjatyw unijnych i natowskich. 
Z innych problemów bezpieczeństwa na szczególna uwagę zasługują jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze, kwestia – zgodnych z naszymi interesami – planowanych w Unii Europejskiej regulacji w odniesieniu do warunków eksploatacji zasobów surowców niekonwencjonalnych, a zwłaszcza gazu łupkowego. Wydaje się, że i w tej dziedzinie możemy oczekiwać na pewne wsparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, które są zainteresowane rozwojem tej branży na rynku europejskim. Po drugie, warto więcej uwagi poświęcić pracom amerykańsko-unijnej grupy roboczej ds. bezpieczeństwa cybernetycznego i przestępczości cybernetycznej. Dzisiaj nie trzeba już nikogo przekonywać, jak istotna dla ochrony naszego życia jest ta sfera. A może się wydawać, że polska administracja ma tu pewne zaległości i opóźnienia. Wspólna grupa robocza określiła już swoje priorytety: zarządzanie incydentami w cyberprzestrzeni, partnerstwo publiczno-prywatne, rozwój świadomości zagrożeń i przestępstwa cybernetyczne. Planowane są wspólne ćwiczenia z włączeniem sektora prywatnego. Niedostateczne zaangażowanie się w te działania mogłoby przynieść niepowetowane straty.
Rozwój gospodarczy i zapewnienie bezpieczeństwa łączą się z promocją demokratycznych wartości. W relacjach unijno-amerykańskich te trzy cele stanowią harmonijną całość. Naszym priorytetem w dziedzinie promocji demokratycznych wartości – czasem niedocenianej bądź lekceważonej – powinien pozostać unijny program Partnerstwa Wschodniego, zakładający uwarunkowany rozwój współpracy z Białorusią, Ukrainą, Mołdawią, Armenią, Azerbejdżanem i Gruzją. Udziałem w tym programie i koordynacją programów pomocowych powinny być także zainteresowane Stany Zjednoczone, które przeznaczają już dla krajów Partnerstwa własne środki w ramach ustaleń bilateralnych. Partnerzy z Ameryki mogliby wesprzeć również inicjatywę powołania Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji, którego jesteśmy zdecydowanym orędownikiem. 
Przyszłość Ukrainy ma dla nas strategiczne znaczenie. Losy naszego wschodniego sąsiada są także stałym i ważnym obiektem zainteresowania tak Unii Europejskiej, jak i Stanów Zjednoczonych. Nasze zadanie – tak, jak dotychczas, mimo znaczących problemów czy przeszkód – powinno polegać na cierpliwym i konsekwentnym wzmacnianiu wszelkich kroków na rzecz stosownych reform oraz integracji Ukrainy ze strukturami euro-atlantyckimi. Październikowe wybory do parlamentu ukraińskiego, choć przeprowadzone z poważnymi uchybieniami wobec demokratycznych standardów, nie powinny na obecnym etapie zablokować podpisania pogłębionej i całościowej umowy o wolnym handlu między Ukrainą a Unią Europejską.
Przywiązując znaczną wagę do promocji demokratycznych wartości, przekonani, że służy to rozwojowi gospodarczemu i bezpieczeństwu, powinniśmy nadal wspierać przemiany polityczne i społeczne w Afryce Północnej i szerokim Bliskim Wschodzie. W tym zakresie dobra współpraca z partnerami w Unii Europejskiej i ze Stanami Zjednoczonymi ma dla nas kluczowe znaczenie. Potrzeby są ogromne, a możliwości ograniczone. Tutaj także nie wolno marnotrawić sił i środków. Bez dobrej gry zespołowej wyniki starań mogą przynieść jeszcze więcej rozczarowania.
 

SEA