SEA | Tyle znaczenia ile zaangażowania. Libijska lekcja.
1753
post-template-default,single,single-post,postid-1753,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,vertical_menu_enabled,side_area_uncovered_from_content,qode-theme-ver-9.2,wpb-js-composer js-comp-ver-4.11.2.1,vc_responsive,mob-menu-slideout-over
 

Tyle znaczenia ile zaangażowania. Libijska lekcja.

Tyle znaczenia ile zaangażowania. Libijska lekcja.


Komentarz Tadeusza Chabiery, członka Rady Wykonawczej SEA.
Komentarz został opublikowany w czasopiśmie Polska Zbrojna nr 13/2012, pt. „Stracone szanse”.

Polskie reakcje wobec operacji NATO w Libii od początku były dość niejasne, żeby nie powiedzieć nieprzychylne czy wręcz krytyczne. Dość szybko podjęliśmy decyzję, że nie weźmiemy udziału w tej kampanii wojskowej, choć w stosownym czasie i wymiarze włączymy się do akcji pomocy humanitarnej. Powodów tej niechęci można upatrywać w różnych zjawiskach i poglądach. Nie da się pominąć faktu, że 2011 był naszym rokiem wyborczym. Politycy wybierają wtedy zachowania ostrożne, żeby nie narazić się zbytnio opinii publicznej, która w większości nastawiona jest przeciwko zbrojnym ekspedycjom naszych żołnierzy. Można także dyskutować z opiniami, że Libia położona jest od nas daleko i nie mamy tam jakiś szczególnych interesów narodowych. Chociaż tu nasuwają się wątpliwości, co powiedzą nasi niektórzy sojusznicy z południa, kiedy coś niebezpiecznego wydarzy się przy naszych granicach. Pojawił się również argument stosunkowo trudny do odparcia, że w dobie oszczędności nas po prostu już nie stać na dodatkową wyprawę, bo zbyt wiele sił zaangażowaliśmy gdzieindziej w Afganistanie, zresztą kosztem modernizacji naszych wojsk w kraju. Tego rodzaju usprawiedliwienia, choć nie bezdyskusyjne, w zasadzie można przyjąć ze zrozumieniem.
Poważniejsze problemy powstają, kiedy zaczynamy manifestować przy tej okazji swoje negatywne podejście do całego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wysoki rangą urzędnik państwowy zwraca  uwagę, że tak naprawdę decyzja o operacji libijskiej właściwie zapadła poza strukturami sojuszu, a potem dopiero, „nieco z przymusu”, przejęta przez NATO. Ktoś inny dodaje, że pewne „mocarstwa zachodnie” z  właściwą sobie „arogancją i gorliwością” narzuciły nam swoją wolę i materialne interesy. Formułuje się zarzuty o hipokryzji Zachodu i wyborze działań tylko tam, gdzie to dla niektórych wygodne. Idąc dalej tymi śladami, pojawia się radykalny i utopijny postulat wypracowania i przyjęcia jednolitych standardów reagowania na wszelkie łamanie praw człowieka. Powstaje w ten sposób zamieszanie i konsternacja. Przed naszymi oczami rysuje się obraz jakiegoś „zepsutego sojuszu”, rozdartego wewnętrznie, w którym silniejsi dyktują warunki słabszym.  Gdyby ten obraz odpowiadał prawdzie, to trzeba zapytać, czy do takiej organizacji warto jeszcze należeć? A może tylko chcielibyśmy coś naprawić i zmienić? Ale co i w jaki sposób? Tego aspektu nasi krytycy raczej nie podejmują. Ciekawe do czego to narzekanie doprowadzi? Jeden efekt już widać w znaczącym spadku poparcia społecznego dla działań sojuszniczych.
Podczas niedawnej wizyty Sekretarza Generalnego NATO Andersa Fogh Rasmussena u prezydenta Baracka Obamy obaj politycy określili operację w Libii jako „wielki sukces”. Po pierwsze, NATO otrzymało mandat od Rady Bezpieczeństwa ONZ do użycia wszelkich niezbędnych środków w celu ochrony ludności cywilnej przed agresją ze strony sił reżimowych. Liga Arabska ostatecznie poparła interwencję, a przedstawiciele partyzantów wyraźnie zwrócili się o pomoc. To są istotne fakty, zwłaszcza dla tych, którzy przekornie dzisiaj pytają, dlaczego NATO nie podejmuje podobnej akcji w Syrii. Między innymi dlatego właśnie, że żaden z wymienionych powyżej czynników nie jest jak dotychczas w tym wypadku spełniony. Po drugie, operację „ Zjednoczony Obrońca” przeprowadzono wyjątkowo sprawnie. W ciągu 10 dni od przyjęcia rezolucji w Radzie Bezpieczeństwa NATO podjęło się wykonania zadania. Nikt nie ukrywa, że decyzja była trudna i nie obyło się bez dyskusji, bez przełamania różnych obiekcji i oporów. Wydaje się zresztą, że w każdym podobnym przypadku, przed wspólną decyzją o podjęciu akcji zbrojnej, nie obejdzie się bez negocjacji i przezwyciężenia pewnych różnic między sojusznikami co do percepcji zagrożeń czy skali pożądanych działań. Ostatecznie takie decyzje zapadają jednomyślnie – wszyscy muszą się zgodzić, albo akcja zostaje zablokowana. 
31 marca NATO przejęło odpowiedzialność za dowodzenie tą niezwykle skomplikowaną operacją, a już z końcem października ogłosiło jej zakończenie. W ciągu 7 miesięcy założone cele zostały pełni osiągnięte bez strat w ludziach i sprzęcie. Co najważniejsze, dzięki interwencji sojuszu libijska ludność w znacznym stopniu uniknęła prześladowań i pogromów. Otwiera się przed nimi szansa na budowę własnego demokratycznego kraju, szansa obarczona dużym ryzykiem, ale taka, której przedtem nie mieli. Wiele organizacji międzynarodowych i państw, na czele z ONZ i Unią Europejską obiecało swoje dalsze wsparcie dla pozytywnych przemian. Bez operacji NATO Libijczycy nie mieliby takich perspektyw.
Sukces operacji nie oznacza jednak, że wszystko poszło idealnie. W listopadowym podsumowaniu na forum Rady Atlantyckiej ambasador Stanów Zjednoczonych przy NATO Ivo Daalder mówił o pozytywnych i negatywnych lekcjach z Libii. Pozytywne było to, że NATO pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych „wykonało złożoną misję szybko i efektywnie, razem z partnerami z Europy i regionu”. Nie wszyscy sojusznicy – w tym Polska – brali udział w tej akcji bezpośrednio, lecz byli jednak pomocni na różne sposoby. Negatywne lekcje, jak to ujął doświadczony amerykański dyplomata, „wymagają od nas wprowadzenia zmian i więcej pracy”. Europejskim sojusznikom zabrakło precyzyjnych pocisków, których na przyszłość muszą mieć więcej pod ręką. Zabrakło im samolotów tankujących paliwo w powietrzu. Najbardziej odczuwalny był jednak niedostatek środków zwiadu i rozpoznania bezzałogowego (ISR). Na szczęście i tym razem braki te można było pokryć dzięki zasobom sił amerykańskich. W przyszłym roku w maju, podczas szczytu NATO w Chicago, problem niezbędnych zdolności wojskowych z pewnością znajdzie się w centrum uwagi. 
Jak wynika z informacji nieoficjalnych źródeł rządowych Polska również aktywnie pomagała w tej operacji. Podobno dostarczyliśmy libijskim powstańcom sprzęt wojskowy, a nasi oficerowie uczestniczyli w pracach dowództwa w Neapolu i bazie Poggio Renatico. Nasz minister spraw zagranicznych już dwukrotnie odwiedził Libię, gratulował powstańcom wyzwolenia kraju i obiecał dalszą pomoc na uciążliwej i trudnej drodze budowy nowego państwa. Ministrowi Sikorskiemu w podróży październikowej towarzyszyli przedsiębiorcy z branży petrochemicznej i budowlanej, zainteresowani rozwojem kontaktów gospodarczych. Wydaje się zatem, że naszą postawę i zachowanie w czasie i po operacji libijskiej należałoby ocenić w gruncie rzeczy pozytywnie. Nie wzięliśmy w niej bezpośredniego udziału właściwie jakby z powodów dobrze uzasadnionych. Dlaczego wobec tego w środowiskach urzędniczych, eksperckich i politycznych pojawiają się pretensje i żale? Dlaczego nie potrafimy uznać i cieszyć się z sukcesu naszego sojuszu? Czy brak bezpośredniego zaangażowania osłabił, czy wzmocnił naszą pozycję w NATO? Jak będziemy reagować w przyszłości wobec wyzwań podobnej natury? Jak będziemy szukać poparcia społecznego dla operacji antykryzysowych poza obszarem sojuszniczym?
Odpowiedź na większość tych pytań dotyczy naszego stosunku do Sojuszu Północnoatlantyckiego i zrozumienia dla natury zagrożeń w coraz bardziej niepewnym świecie współczesnych i przyszłych technologii. Konflikty pozornie odległe mają zdolność coraz łatwiejszego, niekiedy błyskawicznego przenoszenia się w inne miejsca, czasem bezpośrednio do nas samych. Czekanie, aż się przeniosą i przyjdą do nas, to nazbyt kosztowna i ryzykowna strata czasu. Trzeba, gdzie to możliwe, reagować jak najszybciej, często w rejonach z pozoru egzotycznych. W tej sytuacji NATO z czasów zimnej wojny, które skutecznie odstraszało wroga przez wiele lat, a ani razu nie brało udziału w żadnej operacji wojskowej, tamte NATO odeszło definitywnie do historii. Silne i realne gwarancje bezpieczeństwa, które zostały potwierdzone w nowej Koncepcji Strategicznej i planach obronnych sojuszu, powinny dawać nam większą pewność siebie, odwagę i skłonność do koniecznego dziś zaangażowania sił poza granicami sojuszu w rozwiązywanie sytuacji kryzysowych. Tę rzeczywistość można oczywiście kontestować na różne sposoby, lecz przy tym na poważnie rozważać, jakie będą tego skutki. Niechęć do interwencji, czy skłonność do izolowania się? A może jedynie lansowanie fałszywego obrazu NATO, gdzie każdy rzekomo ciągnie w swoją stronę? A Polska też ma ciągnąć w swoją,… czyli dokąd?   
Decyzję o nie wzięciu udziału w wojskowej operacji NATO w Libii w sumie należy uznać za błąd. Nie przyłączając się do wspólnej akcji, osłabiliśmy własną pozycję i podważyliśmy jedność sojuszu, o którą tak często upominamy się w innych przypadkach. Nasza decyzja może oznaczać zgodę na traktowanie sojuszu w sposób dowolny przez każde państwo członkowskie, traktowanie jako „skrzynkę z narzędziami”. Wątpliwe, czy taki typ zachowania leży w naszym długofalowym interesie narodowym. Dla nas sojusznicza solidarność powinna być najważniejszą wartością. 

Tadeusz Chabiera
Członek Rady Wykonawczej SEA
 

SEA